poniedziałek, 4 maja 2009

tempus fugit, a sporo rzeczy się zdarzyło...

urwanie głowy z tym wszystkim. natłok roboty, mało wolnego czasu i właściwie wyłączenie się z rzeczy innych niż związane z uczelnią, mgr, czy projekcikami...

a właśnie, coś się zaczyna dziać, w związku z moją i placka firmą. właściwie dzieje się dwutorowo - z jednej strony dobrze, z drugiej dość chujowo. zacznę może od tej lepszej części...
zanim jeszcze otoworzyliśmy działalność gospodarczą, pojawili się nam klienci. obecnie obsługujemy restaurację meksykańską, biuro consultingowe i od połowy maja ruszamy z firmą transportową. nie chcę jakoś szczególnie rozwodzić się nad tymi projektami, bo nie każdego to może ciekawić, część już wie, a poza tym nie wiem czy mnie unia europejska nie podsłuchuje i później nie da nam pieniążków...
no tak. można by powiedzieć, że już nieco za późno. dzisiaj się dowiedziałem, że kochani urzędnicy odwołali drugą i trzecią turę składania dokumentów o dofinansowanie z ue. i jest beka, bo nie zdążyliśmy tych papierów złożyć. generalnie chodzi mi po głowie myśl (typowa, ludzka w takich momentach) - jakim cudem zmienia się zasady gry w trakcie (a właściwie już pod koniec) jej trwania? czy urzędnikom wolno tak bezkarnie zrobić? i w końcu - chyba trzeba by uruchomić stare kontakty w mediach i napuścić ich na ten temat. a nuż widelec jest tu jakiś mniejszy lub większy wałek?
generalnie nie jest za ciekawie, ale już kombinujemy jak tu jeszcze pozyskać pieniądze na firmę i jak się zakręcić, żeby jednak powstała. ja już tego nie odpuszczę i dołożę starań, żeby udało nam się w ten czy inny sposób coś zrobić. za dużo w to włożyłem energii, chęci, "uczucia". 

ostatnio jeszcze z pozytywnych rzeczy przydażył mi się wyjazd do dobrzechowa. świetny "reset", fajna zabawa i to co najważniejsze - masa śmiechu (no i oczywiście skakanie z gałęzi, którego już mi strasznie brakuje). 
od pewnego czasu łapię się na tym, że coraz częściej potrzebuję takich mega dawek śmiechu. inaczej siada mi psyche. niepokoi mnie to o tyle, że do mojego myślenia i filozofii życiowej wkradają się coraz częściej takie zwiechy, "błędy" myślenia etc.. zastanawiam się z czego to wynika. najbardziej mi odpowiada ta wersja, że mam teraz "osłabioną" psychikę - wynika to z tego, że zaczyna mnie gonić czas jaki mi pozostał do napisania mgr (3 tygodnie, a jeszcze praktycznie nic nie ruszone), stan zawieszenia pomiędzy wrocławiem a rzeszowem (zaczynam czuć, że już nie mieszkam we wrocku, a jeszcze nie w rzeszowie; ponadto naprawdę ciężko opuszcza mi się to miejsce), no i wychodzi na to, że po raz kolejny niefartownie ulokowałem swoje uczucia. myślę jednak, że uda mi się spokojnie wrócić do dawnego "spokoju ducha", jak tylko wyjdę na prostą z tym całym bałaganem. 

póki co idę odsypiać.

środa, 8 kwietnia 2009

"wiosna, wiosna, wiosna, zakwitły wkoło bzy..."

nie wiem jak tam w waszych stronach świata, ale we wrocku w końcu pojawiła się prawdziwa wiosna. jest bardzo ciepło, słonko przygrzewa, rośliny kwitną, kolorowo jest od kwiatów i w ogóle gęba sama się cieszy.

jednak nie jest to pogoda sprzyjająca pracy, siedzeniu w uczelnianych salach, uczeniu się i innym takim dennym rzeczom. chciałoby się całe dnie spędzać na zielonej trawce nad rzeką, z dala od hałasów miasta i z niekończącym się, zimnym browarem w ręce.

ech, gdyby ktoś mi jeszcze za to płacił i dałoby się z tego utrzymać...

marzenia, ach, marzenia...

byle do świąt

znów pojawiła się przerwa na blogu. no i muszę szczerze przyznać, że tym razem nie wynika ona z małej ilości czasu. jakoś mam go ostatnio trochę więcej, choć logicznie patrząc na sprawę - nie powinienem. bo przecież na głowie mam projekt badawczy z grupą znajomych, do złożenia pracy mgr zostaje niecałe dwa miesiące (a ja nie zacząłem jej jeszcze pisać. ba! nie skończyłem jeszcze zbierać danych), trochę roboty jest na uczelnię... no i mógłbym tak jeszcze przez chwilę wymieniać.

tak więc nie wiem skąd bierze się mój wolny czas. podejrzewam jedynie, że może to mieć związek z moim lenistwem i wrodzoną potrzebą posiadania (sporej) ilości czasu na opierdalanie się. staram się nad tym panować z jakimś tam sukcesem. ale generalnie moje funkcjonowanie jest dwubiegunowe, jeśli tak to można określić. albo jestem pracoholikiem, robię sporo rzeczy, biorę na siebie kolejne, nie wyrabiam na zakrętach, śpię po 4 godziny na dobę i cieszę się z tego jak dziecko. ale w pewnym momencie pojawia się taki moment, że albo mam parę dni rozluźnienia (po prostu nie ma nic do roboty) albo mój organizm i psychika mówią dość! i samoczynnie zaczynam robić sobie wolne. gorzej, że jak już zacznę sobie to wolne robić, później ciężko mi wrócić do roboty.

teraz czekam na święta. nie żebym jakoś szczególnie lubił wielkanoc, rodzinne spotkania i marnowanie czasu (ok, szczerze mówiąc, to ja tego wcale nie lubię i cholernie mnie to drażni), ale właśnie w tych rzeczach upatruję szansę na wzięcie się w garść. zrobię wszystko, żeby jak najszybciej wstać od stołu i tak dalej.
poza tym będę się widział z plackiem - trzeba trochę formalności pozałatwiać z firmą i takimi tam różnymi śmiesznymi rzeczami, co też da mi jakąś motywację do roboty.

właśnie a propos... motywacja. cały czas ją po drodze gubię. nie wiem dlaczego. obawiam się, że za jakiś czas już kompletnie nic mnie nie będzie napędzać (jeśli nie pojawi się jakiś silny, konkretny bodziec) i będę działał mechanicznie i z rozpędu. ale jak wiadomo tarcie powoduje, że prędkość się wytraca i w końcu obiekt się zatrzymuje. a wtedy to już śmierć w butach - moim zdaniem cholernie ciężko rozpędzić się z powrotem. no ale zobaczymy co czas pokaże, jeszcze wszystko może się zdarzyć.

na przykład dzisiaj zdarzyło się, że byłem w teatrze na sztuce "przytuleni". jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję ją zobaczyć to naprawdę polecam. wesoła i zabawna sztuka opowiadająca o dwójce starszych ludzi - aktorze i piosenkarzu, który nie realizuje siebie tak jak by chciał i pracownicy zakładu pogrzebowego. wydaje mi się, że można jednak powiedzieć, że to sztuka o każdym z nas. w lekki i komediowy sposób przedstawione są ważne, jak się zdaje, rzeczy w życiu człowieka - takie jak przemijanie, poszukiwanie miłości, samego siebie czy tytułowej potrzeby "przytulenia", bliskości drugiej osoby.
kiedy kwietniu opowiadał mi o recenzji tej sztuki, obawiałem się nieco, że będzie to jakaś rzewna, wyciskająca łzy historia. ale zdecydowałem się iść bo: a) lubię chodzić do teatru; b) chciałem w końcu zobaczyć (i być) na scenie na strychu teatru współczesnego c) nie widzę nic strasznie złego w rzewnych i wyciskających łzy sztukach (byle nie za często).

co do samej sceny na strychu, to generalnie bardzo fajna sprawa. jest to dość kameralne pomieszczenie, które przypominało mi nieco hangar (z powodu zaokrąglonych ścian), ze sceną (a właściwie bez sceny w klasycznym tego słowa rozumieniu) będącą podłogą pomieszczenia. daje to nietypowy i dość niesamowity efekt, kiedy aktor stoi góra metr od ciebie, a ty nie musisz zadzierać głowy do góry, żeby go zobaczyć. jedyną chyba wadą były krzesełka - nie takie typowe jak zazwyczaj w teatrze, kinie czy operze. ciężko mi je opisać, ale były tak cholernie niewygodne, że po niecałej godzinie miałem (i nie tylko ja) tak ścierpniętą dupę, że nie wiedziałem gdzie się podziała...

podsumowując i kończąc. "przytuleni" to naprawdę fajna sztuka - lekka, śmieszna i przyjemna, którą miło się ogląda i, w której jest kilka naprawdę dobrych kwestii. naprawdę warto zobaczyć. poza tym w pewnym momencie młoda aktorka pokazuje naprawdę fajniusi, golusi tyłeczek!

tak! musiałem zniżyć się do pewnego poziomu, napisać o tym i nadać dużą istotność. a co - wolno mi!

ps. poza tym, to był naprawdę ładny tyłek ;-)

wtorek, 31 marca 2009

no c#@%! by to jasny strzelił!!

do głosu dorwała się moja gorsza strona.

a ja tego nie będę kontynuował.

niedziela, 29 marca 2009

niech mnie ktoś zastrzeli

albo zabroni pisać pod wpływem ;-)

przeczytałem poprzedniego posta i ja nie mogę przelewać myśli w pewnych stanach umysłu.

poprzedniego posta nie usunę i nie przeedytuję. wy też się pośmiejcie.

rzeszów, rzeszów, rzeszów...

zawsze przyjeżdżam tu za pewnymi ukonkretyzowanymi potrzebami. zawsze mam sprecyzowane myśli i sposób myślenia. a jednak...

jednak zawsze spotyka mnie coś takiego, że coś w tym moim myśleniu przewraca. (i od razu dygresja-ktos mógłby teraz zarzucić niekonsekwencję w myśleniu, czy nawet zarzucić mu pewną dziurę. nie! nic bardziej błędnego - życie po prostu ma taką wariabilność i różnorodną kombinatorykę, że nie jest się w stanie przewidzieć wszystkiego. to oczywiście jasne. chodzi o to, że to nie zmienia samego sposobu myślenia. pisałem już o nim wcześniej, więc nie ma się co powtarzać. to owszem zaburza pewne koncepcje, ale system i moje nastawienie pozostaje takie samo).

dochodzę do pewnego wyjaśnienia. wiem czemu mimo wszystko lubię i chcę pojawiać się w rzeszy. to są ludzie. to dla nich przyjeżdżam. i oczywiście niczego nie umniejszam ludkom, których znam z wroca, bo są tak samo fantastyczni. to tak naprawdę dwa różne światy. gdyby ktoś mi kiedyś kazał definitywnie wybrać któreś środowisko to po prostu strzeliłbym sobie w łeb.

i w tym momencie sama z siebie nasuwa się myśl czym dla mnie byłaby wymarzona utopia (org. tomasz morus... z tym, że nie jestem pewny czy to on tą koncepcję stworzył). moją utopią byłby wrocław - mimo wszelkich dobrych chęci, rzeszów nigdy nim nie będzie i nigdy mu nie dorówna. tak więc miejsce jest ustalone. jednak nie do końca chodzi o samo miasto.

ja bym chciał zgromadzić wszystkich moich znajomych w tym jednym mieście. o! dla mnie właśnie to byłoby najfajniejsze.

kończę. w sumie to skrócony zapis moich myśli, które towarzyszyły mi w drodze powrotnej do domu. opublikowane z opóźnieniem... no cóż zdarza się...

dwa szybkie posty

mam nadzieję, że takie wyjdą, bo chce mi się spać. zresztą sen mi się już należy. dla wtajemniczonych to od razu odpowiedź, o której do domu wróciłem...

wtorek, 24 marca 2009

chwila przerwy...

zrobiła się na blogu. zapewniam jedanak, że jeszcze nie umarł. po prostu zawaliła mnie robota i nie miałem czasu nawet pierdnąć. a do tego przeziębiłem się nieco i już absolutnie nie chce mi się nic robić.

jutro mam wolne, więc mam nadzieję, że się wykuruję, bo mam inne plany na koniec tygodnia... zresztą, czy mnie coś kiedykolwiek powstrzymało od realizacji zamierzeń? odpowiedź brzmi "tak", ale to w tym momencie jest kompletnie nieistotne ;-)

nie mam sił na dalsze pisanie. jestem nieco zmęczony - od rana na uczelni, a potem jeszcze wizyta w operze wrocławskiej. (bynajmniej nie zmęczyła mnie sama opera). jutro może napiszę o wrażeniach - to był w sumie mój pierwszy raz...

póki co - branoc!


środa, 18 marca 2009

10 książek, które warto przeczytać...

oczywiście moim subiektywnym zdaniem i oczywiście w tym momencie. jestem święcie przekonany, że niedługo będę miał inne zdanie na ten temat (a jakoś na zrobienie względnie stałej "listy wszechczasów masaya" nie mam ani za bardzo czasu ani chęci). acha, i nie należy się sugerować kolejnością - jest absolutnie przypadkowa.

no to zaczynamy:

1. "przenajświętsza rzeczpospolita", jacek piekara - książka naprawdę robi na mnie duże wrażenie (jeszcze jej nie skończyłem z braku czasu). wizja jaką piekara roztacza przed czytelnikiem jest naprawdę ponura i działa na wyobraźnię. żeby nie spojlerować - polska za kilkanaście (kilkadziesiąt?) lat - powrót czegoś na wzór komuny, państwa policyjno - kościelnego. trochę political - fiction, trochę jakby ostrzeżenie, no i sam maleńczuk ją poleca.

2. "pamiętnik jasnowidza", akhara jussuf mustafa - właściwie autobiografia pewnego polaka (?) żyjącego w okresie między- i powojennym. historia opowiedziana w sposób achronologiczny, ciekawym językiem, dająca obraz realiów tamtych czasów i pewnego dość jak mi się wydaje nietypowego spojrzenia na jasnowidzenie.

3. "zen z krwi i kości", paul reps - coś do czego warto zajrzeć, nawet jeśli nie jest się szczególnie zainteresowanym filozofią zen. dla pozostałych pozycja niemalże obowiązkowa ;-)

4. "pies i człowiek. o komunikacji międzygatunkowej", michael fleischer - (podtytułu nie jestem pewny). skąd książka, hmm..., quasi-naukowa na tej liście? warto do niej zajrzeć choćby ze względu na to, żeby zobaczyć jak funkcjonuje komunikacja w ogóle wg. konstruktywizmu, który jest swego rodzaju megateorią tłumaczącą świat. no i przede wszystkim, można dowiedzieć się jak rozumieć psa - jak się okazuje, to dość proste, ale mało kto sobie z tego zdaje sprawę. najprościej napisana książka fleischera - ale nie spodziewać się niedzielnego spaceru ;-)

5. "biblia szatana", anton szandor lavey - czytać, żeby mi już więcej nie gadać bzdur o tym czym jest satanizm ;-) nie trzeba się zgadzać z lavey'em, przyjmować jego filozofii czy coś tam innego, ale warto wiedzieć o co w tym chodzi. i nie bać się - od tego się nie oślepnie.

6. trylogia nocarza, magdalena kozak - "nocarz", "renegat", "nikt". beletrystyka wysokich lotów i przede wszystkim nowe spojrzenie na wampiry. lektura wciągająca do ostatniej strony książki i sprawiająca, że nie można się doczekać kolejnego tomu.

7. "harry potter i..." , j.k. rowling - a właśnie, że tak! zaskoczeni? lektura łatwa, lekka i przyjemna z początku, staje się wraz z biegiem cyklu łatwa, mroczniejsza i coraz poważniejsza. jeśli ktoś ma wolny czas i chce spędzić go miło przy książce - pozycja obowiązkowa.

8. "bóg urojony", richard dawkins - jedna z moich kultowych książek. brytyjski biolog spogląda na religię i istotę boga z racjonalnej, naukowej pozycji. ta książka może, choć nie musi zmienić światopoglądu. w pewnym sensie myślą przewodnią książki mogłoby być stwierdzenie samego bodajże dawkinsa (a może pirsinga?) - "jeżeli jedna osoba ma jakieś urojenia, nazywamy to szaleństwem. jeżeli wiele osób cierpi na to samo urojenie, nazywamy to religią" (cytat z pamięci). jeśli kogoś już zainteresuje ta pozycja, warto też zajrzeć do innych książek dawkinsa.

9. "długie pożegnanie", raymond chandler - przez wielu uważana za najlepszą powieść tego autora. ja chyba też tak uważam, ale ciężko mi podjąć decyzję, ponieważ uwielbiam całą prozę chandlera i jego styl pisania (m.in. "chandleryzmy"). klasyczny noir - czarny kryminał z twardym prywatnym detektywem w roli głównej.

10. "wakacje z duchami", adam bahdaj - książka mojego dzieciństwa. książka do której wracałem (i dalej wracam) więcej razy niż do jakiejkolwiek innej. książka, która zainspirowała mnie do pisania. i w końcu książka, która rozbudziła moją wyobraźnię. do dziś mam stare wydanie, mocno już zniszczone, ale przez to klimatyczne. no i ilustracje bohdana buteńki. książka góra na dwa wieczory - naprawdę przyjemnie się czyta. a z jej stron czuć zapach niesamowitej przygody i wakacji...

no i koniec. zapewne pominąłem tu wiele książek, które bym chętnie polecił, cóż zrobić... tak bywa. ale jeszcze nic straconego - może jeszcze kiedyś wrócę do tego tematu.

wtorek, 17 marca 2009

wiersz

nie mojego autorstwa, ale jeden z moj najulubieńszych. tak mi się przypomniał teraz, nie wiadomo w sumie czemu...

deszcz jesienny


o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
i światła szarego blask sączy się senny...
o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

wieczornych snów mary powiewne, dziewicze
na próżno czekały na słońca oblicze...
w dal poszły przez chmurną pustynię piaszczystą,
w dal ciemną, bezkresną, w dal szarą i mglistą...
odziane w łachmany szat czarnej żałoby
szukają ustronia na ciche swe groby,
a smutek cień kładzie na licu ich miodem...
powolnym i długim wśród dżdżu korowodem
w dal idą na smutek i życie tułacze,
a z oczu im lecą łzy... rozpacz tak płacze...

to w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
i światła szarego blask sączy się senny...
o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
kto? nie wiem... ktoś odszedł i jestem samotny...
ktoś umarł... kto? próżno w pamięci swej grzebię...
ktoś drogi... wszak byłem na jakimś pogrzebie...
tak... szczęście przyjść chciało, lecz mroków się zlękło.
ktoś chciał mnie ukochać, lecz serce mu pękło,
gdy poznał, że we mnie skrę roztlić chce próżno...
zmarł nędzarz, nim ludzie go wsparli jałmużną...
gdzieś pożar spopielił zagrodę wieśniaczą...
spaliły się dzieci... jak ludzie w krąg płaczą...

to w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
i światła szarego blask sączy się senny...
o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...

przez ogród mój szatan szedł smutny śmiertelnie
i zmienił go w straszną, okropną pustelnię...
z ponurym, na piersi zwieszonym szedł czołem
i kwiaty kwitnące przysypał popiołem,
trawniki zarzucił bryłami kamienia
i posiał szał trwogi i śmierć przerażenia...
aż, strwożon swym dziełem, brzemieniem ołowiu
położył się na tym kamiennym pustkowiu,
by w piersi łkające przytłumić rozpacze,
i smutków potwornych płomienne łzy płacze...

to w szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
i pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
i światła szarego blask sączy się senny...
o szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny...
leopold staff

poniedziałek, 16 marca 2009

jest jak jest

komentarz biska skłonił mnie to napisania czegoś o mojej (i oczywiście nie tylko mojej) filozofii życia - takiej, którą wyznaję obecnie, bo było ich w moim życiu trochę... tej chyba jednak za szybko nie rzucę, co więcej będę ją rozwijał i ulepszał.

wydaje mi się, że można streścić ją (nawet jakoś bardzo nie spłycając) w jednym zdaniu:

jest jak jest i jest dobrze

rozwijając tę myśl, muszę się odnieść do kilku rzeczy. przede wszystkim zainspirował, a właściwie pokazał mi, jak jest "dobrze" żyć, mój promotor prof. michael fleischer - genialny człowiek, konstruktywista i do tego fascynat kultury japońskiej i filozofii zen. dzięki niemu dotarło do mnie wiele rzeczy. starając się żyć zgodnie z zen, żyje mi się naprawdę prościej, mam mniej zmartwień, bardziej trzeźwe spojrzenie na wiele spraw.

a zaczęło się to chyba od zajęć, na których próbowaliśmy zdefinować (z punktu widzenia teorii systemów, konstruktywizmu i komunikacji - te rzeczy się uzupełniają, a właściwie skupiają w samym konstruktywiźmie) czym jest problem i przyszłość. i do jakich wniosków doszliśmy?

przyszłości nie ma. nie ma jej w sensie absolutnym, obiektywnym i abstrakcyjnym. po prostu nie ma. przyszłość jako taka jest tylko projekcją marzeń, oczekiwań, planów każdego człowieka z osobna. to one budują i sytuują "przyszłość" w naszej kognicji.

stąd też wynika problem. jest on często efektem rozczarowań, nieudanych planów, a przede wszystkim nastawiania się na coś. co więcej - te problemy można rozwiązywać na różne sposoby. każdy z nas zna tysiące sposobów na zaradzenie różnym przypadkom. jest to jednak "leczenie" wewnątrzsystemowe - leczymy skutki a nie objawy problemu, robimy profilaktykę a nie prewencję. spoglądając na ten problem z zewnątrz systemu jest tylko jedno skuteczne wyjście - dość wydawałoby się oczywiste, ale nie zawsze takie łatwe do zastosowania. trzeba po prostu zlikwidować źródło problemu - znaleźć je i usunąć.

i tak samo jest w przypadku przyszłości, planowania etc (pozwolę sobie skupić się na tym przykładzie). jeżeli to jest źródło problemów, to należy przestać planować, myśleć w kategoriach przyszłościowych, a skupić się raczej na "tu-i-teraz". lepiej działać niż zastanawiać się nad jutrem, nie ma naturalnej potrzeby zamartwiania się czymś co jeszcze nie nastąpiło (a według mnie też w pewnych przypadkach tym co już nastąpiło) prościej rzecz ujmując. zresztą jak ktoś mądry powiedział (fleischer) "kto ciągle żyje jutrem ten tak naprawdę nigdy nie żyje(...)".

oczywiście nie chodzi tu o mówienie, że planowanie jest w ogóle bez sensu, absolutnie zbędne czy coś takiego. nie. każdy musi planować, bo a) to wyznacza jakieś punkty w naszym życiu, po których się przemieszczamy b) pomaga to żyć w względnie zorganizowany i "ogarnięty' sposób c) tego poniekąd wymaga od nas system (czy systemy), w którm żyjemy, wymaga od nas tego rzeczywistość (choćby planowanie tego co się chce robić po studiach, co będę robił wieczorem, czy "umówmy się jutro na 14").

w tym wszystkim chodzi o pewne nastawienie... a raczej o brak nastawiania się na coś, co będzie. bo w razie "porażki" bardzo nas to zaboli. rozczarowanie jest chyba, moim zdaniem, najsilniejszą negatywną emocją. a skoro tak to trzeba ją przynajmniej zminimalizować. oczywiście nie da się chyba nigdy w pełni uwolnić od problemów - przynajmniej nie w naszej kulturze i z naszym europejskim myśleniem. (na podobnej zasadzie, nikt, kto się nie urodził w japonii nie będzie uznany za 100% japończyka, choćby nie wiem jak bardzo się starał, jak dokładnie poznał kulturę, zwyczaje etc.). jednak można zdecydowanie zminimalizować takie myślenie i przez to żyć, ośmielę się powiedzieć, łatwiej, mniej stresowo.

przenosząc to wszystko bardziej na grunt europejskiej kultury czy filozofii - trzeba trochę być w życiu stoikiem. podchodzić do różnych zdarzeń (względnie) mało emocjonalnie, z dystansem. a już w szczególności do przyszłości. emocje tak naprawdę nigdy nie pomagają w rozwiązywaniu problemów. wiem, że są sytuacje, do których nie da się podejść bez emocji i też nie mówię, że trzeba się z nich wyprać. ja też jestem pełny różnych emocji - mam ich całe spektrum - od dzikopozytywnych poprzez negatywne a kończąc aż na destruktywno-agresywnych. cały wic polega na tym, żeby umieć panować nad tymi uczuciami. to one mają służyć nam, a nie my im.

tyle tego dobrego. nie wiem czy ten post będzie zrozumiały i względnie mało chaotyczny. boję się go przeczytać, więc zostanie jak jest. jakby coś to pisać.

niedziela, 15 marca 2009

chwila oddechu...

kolejny dzień z cyklu pracowitych. ale jakoś tak się złożyło, że miałem nawet trochę czasu na myślenie (w tramwaju) i tak sobie pomyślałem o "sobie-obecnym" (w sumie nie wiem czemu, jest cała masa fajniejszych tematów).

tak sobie doszedłem do wniosku, że jestem w sumie usatysfakcjonowany (jakie trudne słowo, mam nadzieję, że błędu nie zrobiłem) tym co teraz mam, jaki jestem i jak żyję. Cieszy mnie to, że mam dobrych znajomych (zarówno tu, we wrocławiu jak i tam, w rzeszowie [durny podział na tu i tam o.O]), mam co robić, mam się z czego cieszyć, śmiać, i na co narzekać. dużo (wg niektórych, za dużo) pracuję, ale dzięki czemu nie mam czasu się nudzić, za dużo rozmyślać, martwić się etc.. jednym słowem mistrzostwo świata - czego można chcieć więcej od życia!

w tym samym momencie podeszła do mnie refleksja, usiadła obok i szepnęła coś do ucha...
generalnie można chcieć czegoś więcej... dokładniej rzecz biorąc jednej jedynej rzeczy. powiem tak - zmęczyło mnie już bycie singlem. brakuje mi ciepła drugiej osoby, głębszego uczucia i całej reszty tych rzeczy związanych z miłością. chyba dlatego jestem takim pracoholikiem, żeby jakoś zabić tą pustkę...
a co tu dużo mówić, ja szczęścia do kobiet jakoś nie mam - niestety. taki lajf, co zrobić ;-)

swoją drogą tak się zastanawiam - czy z umiejętnością okazywania uczuć jest tak jak z jazdą na rowerze (że nigdy się jej nie zapomina) czy tak jak z organami nieużywanymi (po prostu zanikają)?

będę miał temat do rozmyślań na kolejną wolną chwilę.

branoc

kawa i papierosy

udało mi się wstać! w końcu, a próbowałem od 10... tak to jest jak się kończy pracę ok 4 - 5 nad ranem...

teraz marzę tylko o kawie i papierosach... jak u jarmush'a.

do zobaczenia zatem.

sobota, 14 marca 2009

praca praca praca

od ponad tygodnia non - stop, dzień w dzień i noc w noc. końca nie widać, pieniędzy nie ma i tylko powtarzam sobie, że mi się to kiedyś w doświadczeniu zwróci... nie no, poważnie w to wierzę i się tego trzymam, tylko... zmęczony już jestem. po prostu.

gdyby to jeszcze była ciekawa robota, jakieś projekciki, naming, CI, cokolwiek co lubię... niestety. obecnie męczę się nad wklepywaniem ankiet do pracy magisterskiej i pomagam znajomemu przygotować korpus tekstowy do doktoratu - a to jest tak dehumanizująca praca, że szlag by to.

i coby jeszcze na zakończenie dodać, to ostatni semestr 5. roku na uwr jest tak powalony, że głowa boli o.O co tydzień mam do przeczytania 4 kg mniej lub bardziej durnych tekstów, a potem dyskusje z wykładowcami. niby fajnie, ale problem jest taki, że oni chyba nie zdają sobie sprawy, że mamy inne zajęcia i elementarny brak wiedzy (no bo skąd ją nagle wziąć) z zakresu kulturoznawstwa i językoznawstwa... zwłaszcza to drugie wyprowadza mnie z równowagi - skąd i k**wa po co mam takie rzeczy wiedzieć, będąc na kierunku, który szkoli mnie w zakresie PR, CI, branding. no k**wa po co?!

a oni żyją w tych swoich małych, profesorskich światkach i nie dociera do zakutych łbów, że może by tak przyjemniej, łagodniej i łatwiej poprowadzić zajęcia... oczywiście, że nie - bo po co.

taka piosenka ostatnio mi się do głowy przyplątała...

i nie chce z niej wyjść. no i ma rację, bo w sumie i po co? mam w głowie masę wolnego miejsca - istne czarne dziury, które zasysają światło i zakrzywiają czasoprzestrzeń.

gdy po schodach płynie sobie
ciepła ludzka krew
karzeł ciągnie zwłoki kobiet
lubi damską płeć
matko moja, spójrz przez okno
wszędzie śmierć i krew
idzie wojna, idzie wojna
idzie krwawa rzeź

tam na polu leży głowa
gnije szczurza pierś
robot gwałci krokodyla
małpę gryzie pies
już się skrada, już zabija
wojny wampir gdzieś
będzie wojna, będzie wojna
będzie krwawa rzeź
("idzie wojna", siekiera)

usłyszałem ją w wykonaniu strachów na lachy ("zakazane piosenki") i przyznam, że ostro wpada w ucho. polecam.
i dla porównania oryginał.
a tak chłopaki się prezentowali...

zdjęcie pochodzi z portalu http://www.wywrota.pl/wykonawcy/siekiera.htm

po raz kolejny nic ciekawego...

no i znów to zrobiłem. założyłem kolejnego bloga, którego nikt nie będzie czytał i który najprawdopodobniej za jakiś miesiąc sam umrze śmiercią naturalną.

czemu to w takim razie zrobiłem? nie wiem sam... nie żebym miał teraz w ogóle czas cokolwiek pisać - zajęcia ogólnie uczelniano - pozauczelniane zajmują mi większość doby. czasu pozostaje mi co najwyżej na parę godzin snu, potrzeby fizjologiczne i krótką chwilę oddechu przy papierosie. (a są osoby, które chcą, żebym i fajki rzucił. to kiedy ja będę miał przerwę w takim razie! ale generalnie jestem im wdzięczny za wywieranie nacisku - sam czuję, że najwyższa pora skończyć już z tym nałogiem - koniec dygresji).

wracając do pytania - dlaczego założyłem kolejnego bloga. może dlatego, żeby moja pesymistyczna strona natury mogła się czasem wypowiedzieć? na co dzień nie dopuszczam jej do głosu, bo nic dobrego z tego nie wynika - ani dla mnie ani dla otoczenia. praktycznie nie utrzymujemy ze sobą kontaktów, ale jakiś tam sentyment i przywiązanie do niej pozostało ;-)

a może założyłem bloga, żeby się wygadać na różne tematy? w sumie nie zawsze jest możliwość, żeby z kimś pogadać, wygadać się właśnie... kto by tego chciał słuchać. a nawet jeśli nie o to chodzi, to przecież nie zawsze jest odpowiedni nastrój, możliwość, czy po prostu nie pamięta się o czymś. a czasem bywa i tak, że jakaś myśl przyjdzie do głowy i nie ma się do kogo odezwać.

a może, w końcu, po prostu lubię pisać (cokolwiek i niejednokrotnie bez większego sensu) i stąd potrzeba pisania?

prawdopodobnie wszystkie odpowiedzi są równie prawdziwe jak i nieprawdziwe. zresztą kogo to obchodzi...

gdyby jednak ktoś się już zabłąkał na tą stronę, to zapraszam do lektury, ale na własną odpowiedzialność - nie ponoszę winy za ewentualne obrażenia w psychice.

ps. brak dużych liter nie jest wynikiem dysleksji, dysortografii, debilizmu etc., a jedynie manierą, którą ostatnio nabyłem i z namiętnością stosuję w elektronicznych - nieformalnych tekstach.

tyle.