środa, 8 kwietnia 2009

byle do świąt

znów pojawiła się przerwa na blogu. no i muszę szczerze przyznać, że tym razem nie wynika ona z małej ilości czasu. jakoś mam go ostatnio trochę więcej, choć logicznie patrząc na sprawę - nie powinienem. bo przecież na głowie mam projekt badawczy z grupą znajomych, do złożenia pracy mgr zostaje niecałe dwa miesiące (a ja nie zacząłem jej jeszcze pisać. ba! nie skończyłem jeszcze zbierać danych), trochę roboty jest na uczelnię... no i mógłbym tak jeszcze przez chwilę wymieniać.

tak więc nie wiem skąd bierze się mój wolny czas. podejrzewam jedynie, że może to mieć związek z moim lenistwem i wrodzoną potrzebą posiadania (sporej) ilości czasu na opierdalanie się. staram się nad tym panować z jakimś tam sukcesem. ale generalnie moje funkcjonowanie jest dwubiegunowe, jeśli tak to można określić. albo jestem pracoholikiem, robię sporo rzeczy, biorę na siebie kolejne, nie wyrabiam na zakrętach, śpię po 4 godziny na dobę i cieszę się z tego jak dziecko. ale w pewnym momencie pojawia się taki moment, że albo mam parę dni rozluźnienia (po prostu nie ma nic do roboty) albo mój organizm i psychika mówią dość! i samoczynnie zaczynam robić sobie wolne. gorzej, że jak już zacznę sobie to wolne robić, później ciężko mi wrócić do roboty.

teraz czekam na święta. nie żebym jakoś szczególnie lubił wielkanoc, rodzinne spotkania i marnowanie czasu (ok, szczerze mówiąc, to ja tego wcale nie lubię i cholernie mnie to drażni), ale właśnie w tych rzeczach upatruję szansę na wzięcie się w garść. zrobię wszystko, żeby jak najszybciej wstać od stołu i tak dalej.
poza tym będę się widział z plackiem - trzeba trochę formalności pozałatwiać z firmą i takimi tam różnymi śmiesznymi rzeczami, co też da mi jakąś motywację do roboty.

właśnie a propos... motywacja. cały czas ją po drodze gubię. nie wiem dlaczego. obawiam się, że za jakiś czas już kompletnie nic mnie nie będzie napędzać (jeśli nie pojawi się jakiś silny, konkretny bodziec) i będę działał mechanicznie i z rozpędu. ale jak wiadomo tarcie powoduje, że prędkość się wytraca i w końcu obiekt się zatrzymuje. a wtedy to już śmierć w butach - moim zdaniem cholernie ciężko rozpędzić się z powrotem. no ale zobaczymy co czas pokaże, jeszcze wszystko może się zdarzyć.

na przykład dzisiaj zdarzyło się, że byłem w teatrze na sztuce "przytuleni". jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję ją zobaczyć to naprawdę polecam. wesoła i zabawna sztuka opowiadająca o dwójce starszych ludzi - aktorze i piosenkarzu, który nie realizuje siebie tak jak by chciał i pracownicy zakładu pogrzebowego. wydaje mi się, że można jednak powiedzieć, że to sztuka o każdym z nas. w lekki i komediowy sposób przedstawione są ważne, jak się zdaje, rzeczy w życiu człowieka - takie jak przemijanie, poszukiwanie miłości, samego siebie czy tytułowej potrzeby "przytulenia", bliskości drugiej osoby.
kiedy kwietniu opowiadał mi o recenzji tej sztuki, obawiałem się nieco, że będzie to jakaś rzewna, wyciskająca łzy historia. ale zdecydowałem się iść bo: a) lubię chodzić do teatru; b) chciałem w końcu zobaczyć (i być) na scenie na strychu teatru współczesnego c) nie widzę nic strasznie złego w rzewnych i wyciskających łzy sztukach (byle nie za często).

co do samej sceny na strychu, to generalnie bardzo fajna sprawa. jest to dość kameralne pomieszczenie, które przypominało mi nieco hangar (z powodu zaokrąglonych ścian), ze sceną (a właściwie bez sceny w klasycznym tego słowa rozumieniu) będącą podłogą pomieszczenia. daje to nietypowy i dość niesamowity efekt, kiedy aktor stoi góra metr od ciebie, a ty nie musisz zadzierać głowy do góry, żeby go zobaczyć. jedyną chyba wadą były krzesełka - nie takie typowe jak zazwyczaj w teatrze, kinie czy operze. ciężko mi je opisać, ale były tak cholernie niewygodne, że po niecałej godzinie miałem (i nie tylko ja) tak ścierpniętą dupę, że nie wiedziałem gdzie się podziała...

podsumowując i kończąc. "przytuleni" to naprawdę fajna sztuka - lekka, śmieszna i przyjemna, którą miło się ogląda i, w której jest kilka naprawdę dobrych kwestii. naprawdę warto zobaczyć. poza tym w pewnym momencie młoda aktorka pokazuje naprawdę fajniusi, golusi tyłeczek!

tak! musiałem zniżyć się do pewnego poziomu, napisać o tym i nadać dużą istotność. a co - wolno mi!

ps. poza tym, to był naprawdę ładny tyłek ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz