wydaje mi się, że można streścić ją (nawet jakoś bardzo nie spłycając) w jednym zdaniu:
jest jak jest i jest dobrze
rozwijając tę myśl, muszę się odnieść do kilku rzeczy. przede wszystkim zainspirował, a właściwie pokazał mi, jak jest "dobrze" żyć, mój promotor prof. michael fleischer - genialny człowiek, konstruktywista i do tego fascynat kultury japońskiej i filozofii zen. dzięki niemu dotarło do mnie wiele rzeczy. starając się żyć zgodnie z zen, żyje mi się naprawdę prościej, mam mniej zmartwień, bardziej trzeźwe spojrzenie na wiele spraw.
a zaczęło się to chyba od zajęć, na których próbowaliśmy zdefinować (z punktu widzenia teorii systemów, konstruktywizmu i komunikacji - te rzeczy się uzupełniają, a właściwie skupiają w samym konstruktywiźmie) czym jest problem i przyszłość. i do jakich wniosków doszliśmy?
przyszłości nie ma. nie ma jej w sensie absolutnym, obiektywnym i abstrakcyjnym. po prostu nie ma. przyszłość jako taka jest tylko projekcją marzeń, oczekiwań, planów każdego człowieka z osobna. to one budują i sytuują "przyszłość" w naszej kognicji.
stąd też wynika problem. jest on często efektem rozczarowań, nieudanych planów, a przede wszystkim nastawiania się na coś. co więcej - te problemy można rozwiązywać na różne sposoby. każdy z nas zna tysiące sposobów na zaradzenie różnym przypadkom. jest to jednak "leczenie" wewnątrzsystemowe - leczymy skutki a nie objawy problemu, robimy profilaktykę a nie prewencję. spoglądając na ten problem z zewnątrz systemu jest tylko jedno skuteczne wyjście - dość wydawałoby się oczywiste, ale nie zawsze takie łatwe do zastosowania. trzeba po prostu zlikwidować źródło problemu - znaleźć je i usunąć.
i tak samo jest w przypadku przyszłości, planowania etc (pozwolę sobie skupić się na tym przykładzie). jeżeli to jest źródło problemów, to należy przestać planować, myśleć w kategoriach przyszłościowych, a skupić się raczej na "tu-i-teraz". lepiej działać niż zastanawiać się nad jutrem, nie ma naturalnej potrzeby zamartwiania się czymś co jeszcze nie nastąpiło (a według mnie też w pewnych przypadkach tym co już nastąpiło) prościej rzecz ujmując. zresztą jak ktoś mądry powiedział (fleischer) "kto ciągle żyje jutrem ten tak naprawdę nigdy nie żyje(...)".
oczywiście nie chodzi tu o mówienie, że planowanie jest w ogóle bez sensu, absolutnie zbędne czy coś takiego. nie. każdy musi planować, bo a) to wyznacza jakieś punkty w naszym życiu, po których się przemieszczamy b) pomaga to żyć w względnie zorganizowany i "ogarnięty' sposób c) tego poniekąd wymaga od nas system (czy systemy), w którm żyjemy, wymaga od nas tego rzeczywistość (choćby planowanie tego co się chce robić po studiach, co będę robił wieczorem, czy "umówmy się jutro na 14").
w tym wszystkim chodzi o pewne nastawienie... a raczej o brak nastawiania się na coś, co będzie. bo w razie "porażki" bardzo nas to zaboli. rozczarowanie jest chyba, moim zdaniem, najsilniejszą negatywną emocją. a skoro tak to trzeba ją przynajmniej zminimalizować. oczywiście nie da się chyba nigdy w pełni uwolnić od problemów - przynajmniej nie w naszej kulturze i z naszym europejskim myśleniem. (na podobnej zasadzie, nikt, kto się nie urodził w japonii nie będzie uznany za 100% japończyka, choćby nie wiem jak bardzo się starał, jak dokładnie poznał kulturę, zwyczaje etc.). jednak można zdecydowanie zminimalizować takie myślenie i przez to żyć, ośmielę się powiedzieć, łatwiej, mniej stresowo.
przenosząc to wszystko bardziej na grunt europejskiej kultury czy filozofii - trzeba trochę być w życiu stoikiem. podchodzić do różnych zdarzeń (względnie) mało emocjonalnie, z dystansem. a już w szczególności do przyszłości. emocje tak naprawdę nigdy nie pomagają w rozwiązywaniu problemów. wiem, że są sytuacje, do których nie da się podejść bez emocji i też nie mówię, że trzeba się z nich wyprać. ja też jestem pełny różnych emocji - mam ich całe spektrum - od dzikopozytywnych poprzez negatywne a kończąc aż na destruktywno-agresywnych. cały wic polega na tym, żeby umieć panować nad tymi uczuciami. to one mają służyć nam, a nie my im.
tyle tego dobrego. nie wiem czy ten post będzie zrozumiały i względnie mało chaotyczny. boję się go przeczytać, więc zostanie jak jest. jakby coś to pisać.
a zaczęło się to chyba od zajęć, na których próbowaliśmy zdefinować (z punktu widzenia teorii systemów, konstruktywizmu i komunikacji - te rzeczy się uzupełniają, a właściwie skupiają w samym konstruktywiźmie) czym jest problem i przyszłość. i do jakich wniosków doszliśmy?
przyszłości nie ma. nie ma jej w sensie absolutnym, obiektywnym i abstrakcyjnym. po prostu nie ma. przyszłość jako taka jest tylko projekcją marzeń, oczekiwań, planów każdego człowieka z osobna. to one budują i sytuują "przyszłość" w naszej kognicji.
stąd też wynika problem. jest on często efektem rozczarowań, nieudanych planów, a przede wszystkim nastawiania się na coś. co więcej - te problemy można rozwiązywać na różne sposoby. każdy z nas zna tysiące sposobów na zaradzenie różnym przypadkom. jest to jednak "leczenie" wewnątrzsystemowe - leczymy skutki a nie objawy problemu, robimy profilaktykę a nie prewencję. spoglądając na ten problem z zewnątrz systemu jest tylko jedno skuteczne wyjście - dość wydawałoby się oczywiste, ale nie zawsze takie łatwe do zastosowania. trzeba po prostu zlikwidować źródło problemu - znaleźć je i usunąć.
i tak samo jest w przypadku przyszłości, planowania etc (pozwolę sobie skupić się na tym przykładzie). jeżeli to jest źródło problemów, to należy przestać planować, myśleć w kategoriach przyszłościowych, a skupić się raczej na "tu-i-teraz". lepiej działać niż zastanawiać się nad jutrem, nie ma naturalnej potrzeby zamartwiania się czymś co jeszcze nie nastąpiło (a według mnie też w pewnych przypadkach tym co już nastąpiło) prościej rzecz ujmując. zresztą jak ktoś mądry powiedział (fleischer) "kto ciągle żyje jutrem ten tak naprawdę nigdy nie żyje(...)".
oczywiście nie chodzi tu o mówienie, że planowanie jest w ogóle bez sensu, absolutnie zbędne czy coś takiego. nie. każdy musi planować, bo a) to wyznacza jakieś punkty w naszym życiu, po których się przemieszczamy b) pomaga to żyć w względnie zorganizowany i "ogarnięty' sposób c) tego poniekąd wymaga od nas system (czy systemy), w którm żyjemy, wymaga od nas tego rzeczywistość (choćby planowanie tego co się chce robić po studiach, co będę robił wieczorem, czy "umówmy się jutro na 14").
w tym wszystkim chodzi o pewne nastawienie... a raczej o brak nastawiania się na coś, co będzie. bo w razie "porażki" bardzo nas to zaboli. rozczarowanie jest chyba, moim zdaniem, najsilniejszą negatywną emocją. a skoro tak to trzeba ją przynajmniej zminimalizować. oczywiście nie da się chyba nigdy w pełni uwolnić od problemów - przynajmniej nie w naszej kulturze i z naszym europejskim myśleniem. (na podobnej zasadzie, nikt, kto się nie urodził w japonii nie będzie uznany za 100% japończyka, choćby nie wiem jak bardzo się starał, jak dokładnie poznał kulturę, zwyczaje etc.). jednak można zdecydowanie zminimalizować takie myślenie i przez to żyć, ośmielę się powiedzieć, łatwiej, mniej stresowo.
przenosząc to wszystko bardziej na grunt europejskiej kultury czy filozofii - trzeba trochę być w życiu stoikiem. podchodzić do różnych zdarzeń (względnie) mało emocjonalnie, z dystansem. a już w szczególności do przyszłości. emocje tak naprawdę nigdy nie pomagają w rozwiązywaniu problemów. wiem, że są sytuacje, do których nie da się podejść bez emocji i też nie mówię, że trzeba się z nich wyprać. ja też jestem pełny różnych emocji - mam ich całe spektrum - od dzikopozytywnych poprzez negatywne a kończąc aż na destruktywno-agresywnych. cały wic polega na tym, żeby umieć panować nad tymi uczuciami. to one mają służyć nam, a nie my im.
tyle tego dobrego. nie wiem czy ten post będzie zrozumiały i względnie mało chaotyczny. boję się go przeczytać, więc zostanie jak jest. jakby coś to pisać.

Mądre słowa i mądre podejście. Chyba też zaczerpnę coś z filozofii zen, bo ciągle żyje projekcjami tego co będzie, a co najgorsze często ich negatywnymi stronami.
OdpowiedzUsuńJeszcze się tylko odniosę do emocji, a dokładnie rozczarowania, które nazwałeś najsilniejszą negatywna emocją. Dla mnie to nie rozczarowanie, a obojętność jest najgorsza, szczególnie ze strony bliskich osób. W pewien sposób podważa to nasz sens bycia...nie wyobrażam sobie bycia nie będąc...
miło mi Basiu, że do mnie zaglądnęłaś :)
OdpowiedzUsuńjeśli chodzi o zen, to naprawdę się przydaje. wiem z własnego doświadczenia jak to jest "żyć przyszłością" i to właśnie w postaci czarnych myśli. było mi ciężko jakoś od tego odejść, ale w końcu się udało. oczywiście nie w pełni, tak dobry w tym nie jestem, ale zawsze coś ;-)
a co do obojętności... zgadzam się z Tobą, że to bardzo negatywne. jakby się zastanowić to być może dla mnie są to uczucia równie silne... chociaż nauczyłem się jakoś żyć licząc przede wszystkim tylko na siebie i z pewną obojętnością patrząc na to jak inni, nawet bliscy mnie traktują czy mogą potraktować.
to oczywiście tylko teoretyczne rozważania, bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji. a w razie czego wszystko mogłoby się zmienić w moim spojrzeniu na tą sprawę.