znów nic ciekawego

poniedziałek, 4 maja 2009

tempus fugit, a sporo rzeczy się zdarzyło...

urwanie głowy z tym wszystkim. natłok roboty, mało wolnego czasu i właściwie wyłączenie się z rzeczy innych niż związane z uczelnią, mgr, czy projekcikami...

a właśnie, coś się zaczyna dziać, w związku z moją i placka firmą. właściwie dzieje się dwutorowo - z jednej strony dobrze, z drugiej dość chujowo. zacznę może od tej lepszej części...
zanim jeszcze otoworzyliśmy działalność gospodarczą, pojawili się nam klienci. obecnie obsługujemy restaurację meksykańską, biuro consultingowe i od połowy maja ruszamy z firmą transportową. nie chcę jakoś szczególnie rozwodzić się nad tymi projektami, bo nie każdego to może ciekawić, część już wie, a poza tym nie wiem czy mnie unia europejska nie podsłuchuje i później nie da nam pieniążków...
no tak. można by powiedzieć, że już nieco za późno. dzisiaj się dowiedziałem, że kochani urzędnicy odwołali drugą i trzecią turę składania dokumentów o dofinansowanie z ue. i jest beka, bo nie zdążyliśmy tych papierów złożyć. generalnie chodzi mi po głowie myśl (typowa, ludzka w takich momentach) - jakim cudem zmienia się zasady gry w trakcie (a właściwie już pod koniec) jej trwania? czy urzędnikom wolno tak bezkarnie zrobić? i w końcu - chyba trzeba by uruchomić stare kontakty w mediach i napuścić ich na ten temat. a nuż widelec jest tu jakiś mniejszy lub większy wałek?
generalnie nie jest za ciekawie, ale już kombinujemy jak tu jeszcze pozyskać pieniądze na firmę i jak się zakręcić, żeby jednak powstała. ja już tego nie odpuszczę i dołożę starań, żeby udało nam się w ten czy inny sposób coś zrobić. za dużo w to włożyłem energii, chęci, "uczucia". 

ostatnio jeszcze z pozytywnych rzeczy przydażył mi się wyjazd do dobrzechowa. świetny "reset", fajna zabawa i to co najważniejsze - masa śmiechu (no i oczywiście skakanie z gałęzi, którego już mi strasznie brakuje). 
od pewnego czasu łapię się na tym, że coraz częściej potrzebuję takich mega dawek śmiechu. inaczej siada mi psyche. niepokoi mnie to o tyle, że do mojego myślenia i filozofii życiowej wkradają się coraz częściej takie zwiechy, "błędy" myślenia etc.. zastanawiam się z czego to wynika. najbardziej mi odpowiada ta wersja, że mam teraz "osłabioną" psychikę - wynika to z tego, że zaczyna mnie gonić czas jaki mi pozostał do napisania mgr (3 tygodnie, a jeszcze praktycznie nic nie ruszone), stan zawieszenia pomiędzy wrocławiem a rzeszowem (zaczynam czuć, że już nie mieszkam we wrocku, a jeszcze nie w rzeszowie; ponadto naprawdę ciężko opuszcza mi się to miejsce), no i wychodzi na to, że po raz kolejny niefartownie ulokowałem swoje uczucia. myślę jednak, że uda mi się spokojnie wrócić do dawnego "spokoju ducha", jak tylko wyjdę na prostą z tym całym bałaganem. 

póki co idę odsypiać.

środa, 8 kwietnia 2009

"wiosna, wiosna, wiosna, zakwitły wkoło bzy..."

nie wiem jak tam w waszych stronach świata, ale we wrocku w końcu pojawiła się prawdziwa wiosna. jest bardzo ciepło, słonko przygrzewa, rośliny kwitną, kolorowo jest od kwiatów i w ogóle gęba sama się cieszy.

jednak nie jest to pogoda sprzyjająca pracy, siedzeniu w uczelnianych salach, uczeniu się i innym takim dennym rzeczom. chciałoby się całe dnie spędzać na zielonej trawce nad rzeką, z dala od hałasów miasta i z niekończącym się, zimnym browarem w ręce.

ech, gdyby ktoś mi jeszcze za to płacił i dałoby się z tego utrzymać...

marzenia, ach, marzenia...

byle do świąt

znów pojawiła się przerwa na blogu. no i muszę szczerze przyznać, że tym razem nie wynika ona z małej ilości czasu. jakoś mam go ostatnio trochę więcej, choć logicznie patrząc na sprawę - nie powinienem. bo przecież na głowie mam projekt badawczy z grupą znajomych, do złożenia pracy mgr zostaje niecałe dwa miesiące (a ja nie zacząłem jej jeszcze pisać. ba! nie skończyłem jeszcze zbierać danych), trochę roboty jest na uczelnię... no i mógłbym tak jeszcze przez chwilę wymieniać.

tak więc nie wiem skąd bierze się mój wolny czas. podejrzewam jedynie, że może to mieć związek z moim lenistwem i wrodzoną potrzebą posiadania (sporej) ilości czasu na opierdalanie się. staram się nad tym panować z jakimś tam sukcesem. ale generalnie moje funkcjonowanie jest dwubiegunowe, jeśli tak to można określić. albo jestem pracoholikiem, robię sporo rzeczy, biorę na siebie kolejne, nie wyrabiam na zakrętach, śpię po 4 godziny na dobę i cieszę się z tego jak dziecko. ale w pewnym momencie pojawia się taki moment, że albo mam parę dni rozluźnienia (po prostu nie ma nic do roboty) albo mój organizm i psychika mówią dość! i samoczynnie zaczynam robić sobie wolne. gorzej, że jak już zacznę sobie to wolne robić, później ciężko mi wrócić do roboty.

teraz czekam na święta. nie żebym jakoś szczególnie lubił wielkanoc, rodzinne spotkania i marnowanie czasu (ok, szczerze mówiąc, to ja tego wcale nie lubię i cholernie mnie to drażni), ale właśnie w tych rzeczach upatruję szansę na wzięcie się w garść. zrobię wszystko, żeby jak najszybciej wstać od stołu i tak dalej.
poza tym będę się widział z plackiem - trzeba trochę formalności pozałatwiać z firmą i takimi tam różnymi śmiesznymi rzeczami, co też da mi jakąś motywację do roboty.

właśnie a propos... motywacja. cały czas ją po drodze gubię. nie wiem dlaczego. obawiam się, że za jakiś czas już kompletnie nic mnie nie będzie napędzać (jeśli nie pojawi się jakiś silny, konkretny bodziec) i będę działał mechanicznie i z rozpędu. ale jak wiadomo tarcie powoduje, że prędkość się wytraca i w końcu obiekt się zatrzymuje. a wtedy to już śmierć w butach - moim zdaniem cholernie ciężko rozpędzić się z powrotem. no ale zobaczymy co czas pokaże, jeszcze wszystko może się zdarzyć.

na przykład dzisiaj zdarzyło się, że byłem w teatrze na sztuce "przytuleni". jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję ją zobaczyć to naprawdę polecam. wesoła i zabawna sztuka opowiadająca o dwójce starszych ludzi - aktorze i piosenkarzu, który nie realizuje siebie tak jak by chciał i pracownicy zakładu pogrzebowego. wydaje mi się, że można jednak powiedzieć, że to sztuka o każdym z nas. w lekki i komediowy sposób przedstawione są ważne, jak się zdaje, rzeczy w życiu człowieka - takie jak przemijanie, poszukiwanie miłości, samego siebie czy tytułowej potrzeby "przytulenia", bliskości drugiej osoby.
kiedy kwietniu opowiadał mi o recenzji tej sztuki, obawiałem się nieco, że będzie to jakaś rzewna, wyciskająca łzy historia. ale zdecydowałem się iść bo: a) lubię chodzić do teatru; b) chciałem w końcu zobaczyć (i być) na scenie na strychu teatru współczesnego c) nie widzę nic strasznie złego w rzewnych i wyciskających łzy sztukach (byle nie za często).

co do samej sceny na strychu, to generalnie bardzo fajna sprawa. jest to dość kameralne pomieszczenie, które przypominało mi nieco hangar (z powodu zaokrąglonych ścian), ze sceną (a właściwie bez sceny w klasycznym tego słowa rozumieniu) będącą podłogą pomieszczenia. daje to nietypowy i dość niesamowity efekt, kiedy aktor stoi góra metr od ciebie, a ty nie musisz zadzierać głowy do góry, żeby go zobaczyć. jedyną chyba wadą były krzesełka - nie takie typowe jak zazwyczaj w teatrze, kinie czy operze. ciężko mi je opisać, ale były tak cholernie niewygodne, że po niecałej godzinie miałem (i nie tylko ja) tak ścierpniętą dupę, że nie wiedziałem gdzie się podziała...

podsumowując i kończąc. "przytuleni" to naprawdę fajna sztuka - lekka, śmieszna i przyjemna, którą miło się ogląda i, w której jest kilka naprawdę dobrych kwestii. naprawdę warto zobaczyć. poza tym w pewnym momencie młoda aktorka pokazuje naprawdę fajniusi, golusi tyłeczek!

tak! musiałem zniżyć się do pewnego poziomu, napisać o tym i nadać dużą istotność. a co - wolno mi!

ps. poza tym, to był naprawdę ładny tyłek ;-)

wtorek, 31 marca 2009

no c#@%! by to jasny strzelił!!

do głosu dorwała się moja gorsza strona.

a ja tego nie będę kontynuował.

niedziela, 29 marca 2009

niech mnie ktoś zastrzeli

albo zabroni pisać pod wpływem ;-)

przeczytałem poprzedniego posta i ja nie mogę przelewać myśli w pewnych stanach umysłu.

poprzedniego posta nie usunę i nie przeedytuję. wy też się pośmiejcie.

rzeszów, rzeszów, rzeszów...

zawsze przyjeżdżam tu za pewnymi ukonkretyzowanymi potrzebami. zawsze mam sprecyzowane myśli i sposób myślenia. a jednak...

jednak zawsze spotyka mnie coś takiego, że coś w tym moim myśleniu przewraca. (i od razu dygresja-ktos mógłby teraz zarzucić niekonsekwencję w myśleniu, czy nawet zarzucić mu pewną dziurę. nie! nic bardziej błędnego - życie po prostu ma taką wariabilność i różnorodną kombinatorykę, że nie jest się w stanie przewidzieć wszystkiego. to oczywiście jasne. chodzi o to, że to nie zmienia samego sposobu myślenia. pisałem już o nim wcześniej, więc nie ma się co powtarzać. to owszem zaburza pewne koncepcje, ale system i moje nastawienie pozostaje takie samo).

dochodzę do pewnego wyjaśnienia. wiem czemu mimo wszystko lubię i chcę pojawiać się w rzeszy. to są ludzie. to dla nich przyjeżdżam. i oczywiście niczego nie umniejszam ludkom, których znam z wroca, bo są tak samo fantastyczni. to tak naprawdę dwa różne światy. gdyby ktoś mi kiedyś kazał definitywnie wybrać któreś środowisko to po prostu strzeliłbym sobie w łeb.

i w tym momencie sama z siebie nasuwa się myśl czym dla mnie byłaby wymarzona utopia (org. tomasz morus... z tym, że nie jestem pewny czy to on tą koncepcję stworzył). moją utopią byłby wrocław - mimo wszelkich dobrych chęci, rzeszów nigdy nim nie będzie i nigdy mu nie dorówna. tak więc miejsce jest ustalone. jednak nie do końca chodzi o samo miasto.

ja bym chciał zgromadzić wszystkich moich znajomych w tym jednym mieście. o! dla mnie właśnie to byłoby najfajniejsze.

kończę. w sumie to skrócony zapis moich myśli, które towarzyszyły mi w drodze powrotnej do domu. opublikowane z opóźnieniem... no cóż zdarza się...

dwa szybkie posty

mam nadzieję, że takie wyjdą, bo chce mi się spać. zresztą sen mi się już należy. dla wtajemniczonych to od razu odpowiedź, o której do domu wróciłem...